nr 2 (23) marzec 2008
W Katowicach prawie nic się nie dzieje. To nie moje zdanie, choć w dużej mierze je popieram. Jest to ogólna opinia sporej grupy młodych ludzi w okołostudenckim wieku. Wiek taki charakteryzuje się pewną wybrednością. No, przynajmniej u części przedstawicieli. Wiadomo, że reszta zawsze pójdzie w mainstream. Mainstreamowcy nie mają chyba na co narzekać, z jednej strony Doda w Spodku, z drugiej jakieś lewackie popłuczyny na każdym kroku. Ale co z kulturą wysoką, ambitną, lub kontrkulturą?
W zasadzie – nic. Istnieje sobie ona na marginesach, bo marginesowość jest jej pisana. Realizuje się na różne sposoby, konferencjami, spotkaniami, koncertami, imprezami, spektaklami i rozmaitymi happeningami. W Krakowie, w Warszawie, we Wrocławiu. We wszystkich większych miastach czy aglomeracjach. A na Śląsku – nie.
Dlaczego akurat Śląsk, który jest ludny i chyba dość różnorodny (pod względem zainteresowań i gustów mieszkańców) pozostaje tak jałowym kulturalnie (dla dwudziestoparolatka)? Ciężko znaleźć jedną odpowiedź na to pytanie. Ale, jak zawsze – warto szukać.
Brałem niedawno udział w interdyscyplinarnej konferencji naukowej, organizowanej przez Studenckie Koło Naukowe Historyków UŚ. To u nas rzadkość: większość kół woli wysyłać swych przedstawicieli na konferencje do innych miast, niż samemu coś zorganizować. Zrobienie konferencji interdyscyplinarnej to już w ogóle organizacyjne samobójstwo dla koła, bo, siłą rzeczy, nie może wtedy trzech czwartych referatów obsadzić swoimi członkami! A jednak SKNH popełnia to kołowe seppuku już przez trzeci rok, i chwała im za to. Pewnym paradoksem jest to, iż jednym z największych problemów organizacyjnych jest znalezienie miejsca na konferencję. Sam problem nie jest paradoksem, trzeba jeszcze zaznaczyć, że w szczytowym momencie liczba słuchaczy to jakieś 30 osób. Z czego połowa to organizatorzy i referenci. Jak tu inwestować czas, energię i środki finansowe (czyje?) w zrobienie czegoś naprawdę interesującego i wartościowego, gdy robi się to dla 15 osób?
Co dziwne – podobna sytuacja ma miejsce przy klubowych imprezach w klimatach alternatywnych. Takich imprez na Śląsku jest jak na lekarstwo. Kto chce się bawić przy harsh electro czy darkwave musi jechać do Krakowa. Do niedawna można było raz na jakiś czas bawić się na sosnowieckiej Maschinerie Alternativ Nite, jednak z czasem i jej organizatorzy popadli w zniechęcenie. Powód? Nie opłaca się (mentalnie, a co dopiero finansowo) robić imprezę, na którą przyjdzie 30 osób. Ciężko też o odpowiedni lokal.
Piszę o tym nie po to, by sobie ponarzekać. Chodzi o ujawnienie pewnych prawideł. Chcemy, by coś się działo, chcemy uczestniczyć w czymś ważnym, mądrym, fajnym. Równolegle jesteśmy wybredni i leniwi. Jeśli uwielbiam teatr Micińskiego, a w okolicy grają akurat Przybyszewskiego, mogę zostać w domu. Jednak w ten sposób nie pokażę kierownikowi teatru, że istnieje zainteresowanie i zapotrzebowanie na spektakle modernistyczne w ogóle. W efekcie nigdy nie doczekam się wystawienia Micińskiego, gdyż na deski wejdzie kolejna „superprodukcja” typy Mayday, na którą tłumnie ruszy małowybredny i łatwy do medialnej manipulacji mainstream.
Krzysztof Grudnik
http://grudnik.wordpress.com