„War, war never changes."
-Fallout II

Postrzępione płaty szarych, skłębionych chmur płynęły po nocnym niebie. Ani wolno, ani szybko, jednak w ich ruchach wydawał się tkwić jakiś głębszy sens, jakaś przyczyna. Tak jak ptaki odfruwały zimą na południe, tak i chmury jesienią zdawały się gdzieś odlatywać. Dominik nie wiedział jednak gdzie. Wydawało mu się, że przypomina sobie ten szczęśliwy czas, gdy siedział w szkolnej ławce na lekcji geografii z profesorem Wentzlem, który toczył swe opowieści o cyrkulacji powietrza, cumulusach i stratusach oraz odległych, malowniczych krajach. – Krajach, których zapewne nigdy już nie ujrzę –pomyślał.

Między chmurami prześwitywały gwiazdy. Stwarzały pozory nadziei w tę mroczną i wichrową noc. Wiatr zawodził głucho, wytężając siły i wznosząc w powietrze wszystko, co nie było dobrze umocowane. Wydawał się siłować, naprężać muskuły niczym mocarz walczący z bykiem. Dominik raz czuwał, raz zapadał w dziwny stan pół-snu. Śniły mu się jakieś nietypowe, bajeczne stworzenia. Nimfy hasające po zielonych łąkach, nocznice zapalające swe zielone światełka nad bagnami, rusałki w ich krystalicznie czystych jeziorkach. On chodził wśród nich wszystkich a one uśmiechały się do niego. Król Olszyn zapraszał go. – Dominiku, chodź, dołącz do nas, podaj mi swą dłoń – Dominik ochoczo wyciągnął rękę i wzdrygnął się. Otworzył oczy. Na jego dłoni znajdowała się mokra, lepka substancja. Błoto okopu. Dominik nie był rozczarowany. Niestety, spodziewał się tego widoku.

Wiatr wył wśród zasieków i drutów kolczastych, wyśpiewywał swą złowrogą pieśń. Gwizdał na bagnetach i zacinał deszczem prosto w oczy, pod hełm. Dominik starał się osłonić je ręką tak, by mieć choć odrobinę odpoczynku, by choć na chwilę znów zapaść w słodkie objęcia Morfeusza i wydostać się z tej przeklętej przez Boga i ludzi ziemi. By odwiedzić tę słodką krainę soczystej zieleni i piękna. Deszcz przestawał padać.

Skulone w okopie postaci drzemały. Płytkim snem. Niemalże wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że nie ma przerwy. Nie ma odpoczynku. Nie ma przebaczenia. Wojna wciąż trwa. Wiatr wciąż żałośnie zawodził, jak matka, która straciła dziecko, jak siostra, która straciła brata. Dominik wciąż śnił. Śnił o domu rodzinnym, w którym jego mama piekła mu pyszny placek z jabłkiem. Jego cudowny aromat roznosił się w powietrzu. To był piękny i szczęśliwy dzień. Chwileczkę... Tak, to musiały być jego urodziny! Wszyscy byli uśmiechnięci i tak pięknie ubrani! Tata szeptał mu do ucha, że jest dumny z takiego syna. Widział swojego małego kuzyna, Jana, który trzymał w rękach niewielki pakunek. Prezent! Chwileczkę, przecież Jan nie był już mały. Co gorsza, zginął miesiąc temu postrzelony w szyję. Ale wydawał się taki prawdziwy, taki prawdziwy. Mama przyniosła placek z wbitymi siedmioma świeczkami i powiedziała, by pomyślał życzenie i zdmuchnął je wszystkie. Dominik pomyślał życzenie. By ta chwila trwała już zawsze. Wszystkie świeczki zgasły. Jego kuzyn wyjął z pakuneczku śliczny, metalowy gwizdek, w który dmuchnął jednocześnie zawadiacko mrugając okiem. Dominik był szczęśliwy.

Nad okopem wciąż skomlał wiatr, wydawał się osłabiony całonocną walką z ziemią i ludźmi. Wtem nad jego wycie wzniósł się inny odgłos. Wysoki, przenikliwy dźwięk. Dźwięk gwizdka? Nie. Dźwięk pocisku. Okopem wstrząsnęła potężna eksplozja. Skrwawiony hełm potoczył się w brudną kałużę. Wiśniowa plama rozkwitała na jego płaszczu jak orientalny kwiat rozkładający swe pąki. W powietrzu gwizdały szrapnele. Skulony w okopie Dominik wciąż się uśmiechał. Przecież były jego urodziny.

Wojciech Kinasz

[Pokaż komentarze | Dodaj komentarz]