Za co nie lubię chrześcijaństwa

Po mistycznym okresie „burzy i naporu”, jaki przechodzi część ludzi mniej więcej w okolicy szkoły średniej, zarzuciłem aktywne „zwalczanie chrześcijaństwa” na płaszczyźnie intelektualnej. Zrozumiałem, bowiem, że mówiąc źle o czymś, wciąż o tym mówimy a tym samym przedłużamy istnienie zjawiska. Oscar Wilde ujął to w ten sposób: jedyną rzeczą gorszą od tego, że o nas mówią, jest to, że o nas nie mówią.

Znacznie lepiej było wziąć sobie do serca Crowleyowską maksymę sukces twym dowodem i, odchodząc od krytyki, ukazać pozytywne przykłady alternatywnego sposobu myślenia i widzenia świata.

Ostatecznie jednak pora wrócić do bazowej krytyki chrześcijaństwa, nie po to, by pokazać jego absurdy, ograniczenia i śmieszność, leczy by zweryfikować chrześcijański paradygmat.

Oczywiste wydaje się, że chrześcijaństwo wpisać należy w esencjonalną opcję istnienia. Dlatego między innymi krytykował je Fryderyk Nietzsche. Dla Nietzschego fakty są wątpliwe, są głupie, a chrześcijaństwo to religia faktów. Pragmatyzm cechujący myśl w (po)nowoczesną musiał odrzucić chrześcijaństwo z tego samego powodu. Zobaczmy jednak, jak to się dzieje.

Chrześcijaństwo jest, można by tak powiedzieć, religią mimetyczną. Uznaje ona, że jest to, co jest, a reszty nie ma. Jest to, co jest nazwane. Coś, co nie posiada nazwy – nie istnieje. Przy okazji człowiek ma przez to swój udział w boskim akcie kreacji – Adam nadawał nazwy różnym zwierzętom i obiektom w ogrodzie Eden. Nie może więc istnieć coś, co nie jest nazwane (ukonstytuowane przez język) a to, co nazwane, nie może nie istnieć. Słowo staje się ciałem.

Jeśli zatem jesteśmy – to znaczy posiadamy pewną nazwę (imię, nazwisko) czy tożsamość (identyfikujemy się z jakąś grupą określeń) – oznacza to nasze obiektywne istnienie. Stwierdzenie to wyda się większości Czytelników oczywiste i banalne. Owszem, może takim się jawić ale tylko przez to, że właśnie chrześcijańska kultura i chrześcijański paradygmat tworzą taką logikę lub taki język dyskursu. Jeśli bowiem zwrócimy się ku kulturom niechrześcijańskim, na przykład buddyzmowi, zauważymy, że sytuacja się zmienia. Rzeczy nie są takimi, jakimi się wydają - głosi buddyjska nauka, a zaraz potem uzupełnia – nie są też inne.

Konsekwencją tak ujętej postawy chrześcijańskiej jest szereg stwierdzeń wzajemnie ze sobą powiązanych, które tworzą rzeczywistość o esencjonalnym charakterze:

1. Jestem, jaki jestem (lub, podstawiając Jezusa w miejsce Wiśniewskiego, jestem, który jestem).
2. Rzeczywistość jest oczywista (empiryczna i obiektywna).
3. Istnieje źródło prawomocności rzeczywistości (Bóg tworzy rzeczy, które są takie i tylko takie, jakimi je stworzył).
4. Istniejące rzeczy posiadają tylko jeden, obiektywny charakter (są, jakie są).

Skoro cała kreacja odbywa się na zewnątrz, poza przedmiotem obserwowanym a podmiotem obserwującym, jest ona obiektywna. Proces obserwacji, wtórny do kreowania, będzie zatem odczytaniem pewnej treści uprzednio wpisanej w dany przedmiot.

Jakie ma to konsekwencje na płaszczyźnie codzienności? Przede wszystkim buduje przekonanie o prawdzie (jedynym i prawidłowym odczytaniu zewnętrznego sensu rzeczy i zjawisk) oraz potrzebie jej posiadania, Posiadanie prawdy wymaga walki o nią, w jej obronie i tak dalej. To rodzi kłótnie, nieporozumienia oraz jest podstawą wszelkich niechęci i (intelektualnych) nietolerancji.

Esencjonalne ujęcie rzeczywistości może przyczynić się także do zbyt dużego przywiązania do kwestii materialnych (co wbrew opiniom środowisk katolickich jest konsekwencją chrześcijańskiego a nie ateistycznego sposobu myślenia). To daje całą masę kłopotów i zmartwień, choroby o podłożu nerwicowym lub po prostu pesymizm.

Wyrwanie się z takiego dyskursu, które można nazwać wolnomyślicielstwem, jest szansą na życie w kreowanej przez siebie (poprzez indywidualne odczytanie i brak przekonania o obiektywnej istocie zjawisk) rzeczywistości, szansą na ekstazę postrzegania.

Krzysztof Grudnik

[http://grudnik.wordpress.com]

[Pokaż komentarze | Dodaj komentarz]